La Dama de la Llama – Pani Płomienia spod Wulkanu Ignatiusa
U podnóża wulkanu Ignatiusa, gdzie ziemia wciąż drży od uśpionych oddechów ognia, a powietrze pachnie siarką i rozgrzanym pyłem, noc Noches de los Recuerdos ma inny smak niż gdziekolwiek indziej w Królestwie Skarlandu. Tam, gdzie popiół miesza się z kadzidłem, a wiatr niesie szepty dawno zmarłych, mieszkańcy zapalają lampy oliwne, by światło ich płomieni wskazało duszom przodków drogę powrotu do domu.
Ale w tej ziemi pamięta się także o kimś innym — o Ysabel de Ignatia.
Była córką plantatora oliwek i wina, którego pola ciągnęły się aż po czarne, stwardniałe pola lawy. Mówiono o niej, że urodziła się w nocy, gdy Ignatius pluł ogniem — i że w jej oczach tlił się ten sam żar, co w sercu wulkanu. Co roku, w Noches de los Recuerdos, Ysabel zapalała setki lamp oliwnych przed swoją posiadłością. Ich płomienie drżały na wietrze, rozświetlając mrok, jakby sama ziemia pragnęła zapomnieć o śmierci.
Tamtego roku noc była wyjątkowo chłodna. Nad wulkanem unosił się czerwony blask, a dym tworzył kształty przypominające twarze. Ostatnie dzwony z kościoła świętego Estebana ledwie przebijały się przez szum wiatru, gdy do drzwi Ysabel zapukał Rotrio-Katolicki mnich w czarnej kapie.
— Pax vobiscum — powiedział głosem, który brzmiał jak szelest spalonego pergaminu. — Szukam schronienia przed ogniem góry.
Ysabel, pobożna i gościnna, wpuściła go do środka. Dała mu wina i chleba, zaprowadziła do kapliczki, gdzie płonęły lampy dla zmarłych. Mnich milczał, a jego twarz ginęła w cieniu kaptura. Gdy północ wybiła, Ysabel zauważyła, że płomienie zaczynają drżeć. Oliwa wrzała, mimo że nie było wiatru.
Wtedy mnich podniósł głowę. Jego oczy były jak dwie iskry, a z ust wyszedł ogień. Nim zdołała krzyknąć, cały dom stanął w płomieniach. Huk był tak potężny, że odbił się echem w kraterze Ignatiusa.
Rankiem ludzie z pobliskich wiosek znaleźli tylko popiół, szkielety drzew oliwnych i ślady stóp prowadzące ku zboczu wulkanu. Ciała Ysabel nie odnaleziono nigdy.
Tego wieczoru, gdy niebo znów pociemniało, pasterze zobaczyli światło. Na czarnej ścianie skał, tuż nad lawowym polem, unosiła się kobieca postać w bieli. Jej włosy płonęły jak rozżarzony żużel, a w dłoni trzymała lampę, z której bił nieziemski blask. Mówili, że wyglądała, jakby kroczyła po samym ogniu, nie zostawiając cienia.
Od tamtej nocy, co roku w Noches de los Recuerdos, mieszkańcy wiosek u podnóża Ignatiusa widują to światło. Mówią, że Pani Płomienia schodzi ze zbocza wulkanu, by prowadzić dusze ku światłu, lecz jeśli napotka żywego, który nie zapalił lampy dla swoich przodków — pomyli go z zagubionym duchem. A wtedy jej lampa błyska jasno, a płomień pochłania wszystko, co żyje.
Dlatego w tych stronach nikt nie zasypia bez lampy w oknie. W każdej chacie płonie oliwne światło, a dzieci uczą się starej modlitwy:
Que la llama guíe a los que fueron,
y no queme a los que quedamos.
(„Niech płomień prowadzi tych, co odeszli,
i nie spali tych, co zostali.”)
A jeśli kiedykolwiek znajdziesz się u stóp Ignatiusa w noc wspomnień,
i ujrzysz pojedyncze światło tańczące pośród skał —
nie idź za nim.
Bo może to nie duch przodka,
lecz La Dama de la Llama, która wciąż błądzi po ścieżkach ognia,
szukając tych, którzy zapomnieli o świetle pamięci.


