Położnica Kresów — Koc Pamięci Zatoki
Było to wtedy, gdy świat jeszcze dopiero uczył się szeptać imiona rzeczy. Ziemia otulała brzeg zatoki, lasy liczyły kroki wiatru, a ludzie dopiero nazywali swoje radości. W tamtych czasach śmierć nie miała imienia — była cieniem bez głosu, który prześlizgiwał się między domami, zabierając to, co przeminęło, i zostawiając ciszę
Pewnego wieczoru przy samym brzegu pojawiła się postać — nie stara, nie młoda, a raczej tkana z samych pytań. Mieszkańcy Skarlandu zwali ją Położnicą Kresów, bo potrafiła przyjmować zakończenia jak noworodki: z cichą godnością, z rękami ciepłymi od pamięci. Nikt nie widział jej oczu, jedynie ślady światła, które zostawały tam, gdzie stanęła.
Ludzie bali się jej najpierw, bo każde odejście zostawiało puste krzesło, gaj bez śmiechu, piec bez ręki, która znała najlepszy sposób na sól w cieście. Ale Położnica nie przychodziła po to, by kraść radość; przychodziła, by zebrać nitki, które łączyły życie z żywotem. Z tych nici tkała coś, czego nikt wcześniej nie widział: wysoki, lśniący koc pamięci, w którym każda historia miała swoje miejsce.
Pewnego roku do Skarlandu przybyła dziecina o imieniu Maela, która nie rozumiała, dlaczego ludzie chowają łzy w kątach domów i unikają opowieści o zmarłych. Maela szukała odpowiedzi i spotkała Położnicę w porcie, gdzie ta siedziała i naprawiała sieć rybaka, nitka po nitce przemieniając straty w wzór. Zapytała prosto: „Co robisz z końcem? Czy nie boli cię zabieranie imion?”
Położnica uśmiechnęła się tak, że wiatr przestał szeleścić i odpowiedziała jednym zdaniem, które miało stać się potem refrenem Skarlandu: „Nie zabieram imion, Maelo. Nadaję im drogę.”
Pokazała dziecku koc i tłumaczyła: każdy gest pamięci — chleb upieczony dla nieobecnego, piosenka szeptana przy świecy, obrazek przy kominku — jest nitką. Kiedy ktoś odchodzi, nitka nie pęka; zostaje wpleciona. Koc rósł z roku na rok, a mieszkańcy przychodzili, by dodać swój kawałek tkaniny: skrawek ubioru, skrawek wiersza, zapach przypraw sprzedawanych przez babkę. Wplatając, opowiadali krótkie historie — jedno zdanie, które miało siłę rozgrzać pamięć.
Maela zrozumiała wtedy, że śmierć w Skarlandzie to nie cisza grobu, lecz przemiana społecznego ogniska. Położnica uczyła, że żal musi mieć kształt, by nie zjeść żywych: kształt lampionu, który niesiemy na wodę; kształt chleba dzielonego przy drzwiach; kształt paska tkaniny, który każdy nosi przy sobie. Dzięki temu smutek staje się mostem, a nie murrem.
Gdy Położnica odchodziła z brzegu, pozostawiała zawsze jedną rzecz — małą, prostą melodię. Każdy, kto ją usłyszał, pamiętał przez chwilę tak jasno, jakby stojący już za morzem powrócili na moment i uśmiechnęli się. Ludzie zaczęli śpiewać tę melodię w noce pamięci, puszczając na wodę lampiony i wkładając do nich słowa: „Dziękuję”, „Przepraszam”, „Opowiedz mi jeszcze raz”.
Tak narodziły się Noches de Recuerdos Skarlandu. Nie jako kopia dawnych obrzędów z dalekich lądów, lecz jako odpowiedź na pytanie: co zrobić z końcem, by stał się początkiem wspólnego trwania. Śmierć przestała być samej sobie celem — stała się przypomnieniem, że każdy z nas ma nitkę do wplecenia i opowieść do przekazania.
I jeśli kiedyś zapytacie, skąd pochodziła Położnica Kresów, starsi powiedzą z uśmiechem, że przyszła z konieczności: nauczyć ludzi, że pamięć jest czynnością; że żałoba to rzemiosło; że końce trzeba ubierać, by mogły ogrzewać tych, którzy zostali. Maela, już dorosła, co roku staje przy brzegu i dodaje swój kawałek do koca, szepcząc: „Niech twoje imię płynie. Niech twoje opowieści ogrzewają nasze domy.”


